Mój debiut w biznesie.

Mój pierwszy Biznes. Jak zrodził się pomysł na pierwszą firmę?

Chodzą słuchy, że przedsiębiorcą można się urodzić. Jak Ingvar Kamprad, twórca IKEA. Historia którą przytoczę jest powszechnie znana i przeszła niemal do legend. Swój pierwszy biznes rozkręcił w wieku zaledwie 5 lat sprzedając sąsiadom zapałki, sam je rozwoził swoim rowerkiem. Z czasem poszerzył asortyment o nasiona, ołówki czy ozdoby świąteczne. IKEE założył w wieku 17 lat.

Jestem pewien że. przedsiębiorcą można zostać. Bardzo często decydują się na to osoby które np. opanowały podstawy matematyki. Sytuacja gdzie pracownik budowlany widzi, że dostaje wynagrodzenia na poziomie 20 zł za godzinę czasu jego pracy, podczas gdy jego pracodawca zarabia 200 zł za tą samą godzinę. Pójście „na swoje” wydaje się w tego typu sytuacjach naturalnym etapem rozwoju kariery.

Jest jeszcze jedna, całkiem liczna grupa, która o byciu przedsiębiorcą marzy. Grupa do której sam się przez długi czas zaliczałem. Chciałem prowadzić swoja firmę od kiedy pamiętam.  Co do tego nie miałem wątpliwości. Miałem za to inny typowy dla tej grupy problem. Nie miałem pojęcia czym owa firma miała by się zajmować.  Bardzo długo szukałem jakiegoś punktu zaczepienia. Czasami jakiś pomysł wpadł mi do głowy, ale jak to często bywa, nie doczekał się żadnej realizacji.

Jak znalazłem swój pierwszy pomysł na biznes?

Podlasie 2010 – przedsionek piekła.

Dostałem pracę jako sprzedawca w elektro-markecie. Zawsze interesowałem się komputerami, do tego miałem wcześniej pewne doświadczenie w sprzedaży abonamentów telekomunikacyjnych. Dostałem posadę starszego sprzedawcy na dziale IT. Może nie była to praca marzeń, bywało, że wcześniej zajmowałem też bardziej „prestiżowe” stanowiska. Jednak w tamtym momencie sytuacja na rynku pracy była tragiczna. Pokolenie wyżu demograficznego gdzie w moim regionie bezrobocie wynosiło zapewne grubo ponad 20%. Pewnie był to złote czasy dla pracodawców, kiedy to znalezienie pracownika było zdecydowanie łatwiejsze niż obecnie. Pracownicy siłą rzeczy też wkładali w pracę więcej wysiłku. Wiedzieliśmy jak ciężko było ją dostać dlatego nikt nie chciał jej w głupi sposób stracić.

Sytuacja jaką mamy obecnie zgoła odmienna – czyli brak siły roboczej i masowe zatrudnienie obcokrajowców było czymś czego mój umysł by sam nie wymyślił. Naprawdę wtedy roześmiałbym się w twarz osobie która by powiedziała jak wszystko się zmieni zaledwie w perspektywie kilku lat. No cóż Podlasie w 2010 roku nie było fajnym miejscem do szukania zatrudnienia. Zwłaszcza dla osób mojego pokroju. Nisko oceniam swoje ówczesne umiejętności – żadnej wiedzy specjalistycznej, mam wrażenie, że jeszcze 10 lat temu praktycznie nie umiałem nic.

Poświęcenia duże i małe.

Ten zarys moim zdaniem jest istotny. Postanowiłem w mojej nowej pracy być naprawdę świetny w tym co robię. Chodziło mi o dwa aspekty, pierwszy kluczowy z punku widzenia moich zarobków – chciałem być coraz lepszym sprzedawcą. Szlifowałem swoje umiejętności, interesowałem się tematyką sprzedaży, czytałem wiele książek i testowałem różne teorie czy koncepcje na żywej tkance – czyli klientach. Obserwowałem też w jaki sposób sprzedawali inni. Czasami naprawdę było na co popatrzeć. Drugi aspekt może mniej ważny dla sprzedawcy, ale na którym postanowiłem skupić dużo uwagi – była sama branża. Czyli stwierdziłem, że będę coraz lepszy nie tylko jako sprzedawca, ale też jako ekspert od spraw komputerów, laptopów oraz smartfonów.

By osiągnąć swój cel dokonałem jednego małego poświęcenia ;). Demotywatory, memy czy inne internetowe zdjęcia kotków? Portale pełne śmiesznych historii typu yafud. Już dokładnie nie pamiętam wszystkich nazw. Fakt, że na moich ulubionych portalach z memami potrafiłem ‚być na bieżąco’ – czyli nie tylko widziałem wszystkie nowo, dodawane przecież co dziennie na stronę główną śmieszne historie i memy, ale i potrafiłem przeglądać dużą część tych ‚do oceny’. To było moje poświęcenie – powiedziałem STOP – może by zamiast tego interesować się artykułami eksperckimi z branży która mnie interesuje? Facebook poszedł rykoszetem. Minęły lata od tej decyzji – a ja dalej nie używam facebooka na komórce, memy przeglądam tylko ‚przez przypadek’ gdy ktoś mi personalnie prześle coś godnego uwagi.

Efekt:

Po pół roku nie tylko znałem niemal wszystkie trendy i nowości na rynku IT, do tego nie tylko na rynku europejskim ale i na znacznie ciekawszym i bardziej dynamicznym rynku Chińskim. Wcześniej myślałem, że mam sporą wiedzę na temat IT (samo skrótu IT używam w ogromnym uproszczeniu – dokładniej jaką wiedzę powinien mieć doradca, ekspert w swojej dziedzinie, aby klient który najczęściej jest zwykłym kowalskim był zadowolony) , jak się można domyślić po tym pół roku dostrzegałem tylko jaką miałem nie-wiedzę.

Chujowe standardy.

Dodatkowo stałem się coraz lepszy jeżeli chodzi o serwis i różnego rodzaju usługi. Firma wymagała ode mnie abym proponował też pewien zakres usług serwisowych względem sprzedawanych urządzeń. Np. konfiguracja laptopa bądź smartfona. Nie dostałem żadnych narzędzi ani standardów w jaki sposób mam wspomniane usługi wykonywać. Niektóre twory zasługiwały na miano „usługi” w zdecydowanym cudzysłowie – to było czyste perfidne wyciąganie kasy od klienta za ‚nic’. Nie było wyjścia, ów czynności trzeba było wykonywać – czym wyższą sumę dało się nabić na paragonie tym lepiej. No i co masz teraz zrobić, jeżeli brzydzą Cię tego typu praktyki? Odpowiedz moim zdaniem jest prosta. To, że sieć ma chujowe standardy nie znaczy, że muszę brać w tym udział. Do każdej usługi stwierdziłem, że dodam coś od siebie, tak aby faktycznie wykonana przeze mnie czynność była cokolwiek warta a nie ograniczała się tylko do wciśnięcia przycisku power w laptopie i przeklinania kilku wyskakujących okienek. Taką usługę postanowiłem uzupełnić np. o listę przydatnych aplikacji które zawsze sam instalowałem przy okazji reinstalacji systemu.

Weź to napraw!

Nietrudno się domyślić, że po pewnym wcale niezbyt długim czasie, wszystkich klientów którzy mieli problem z zakupionym sprzętem IT, kierowana do mnie. Zaczęły się też pierwsze zlecenia zewnętrzne, kiedy to klienci potrafili przynosić do mnie urządzenia nie zakupione w elektromarkecie.
Oczywiście stałem się też czym się na wzór serwisu wewnętrznego. Firmowy komputer bądź laptop nie działa, drukarka nie chce drukować – wiadomo do kogo najlepiej i najszybciej się zgłosić.
Nie tylko mi to nie przeszkadzało, co byłem z tego faktu zadowolony. Wtedy też tak naprawdę zobaczyłem z czym klienci mają problem. Nie było to jakoś mistyczna wiedza naukowa. Jakieś pół legendarne misje którym sprosta jedynie Heroes. W przeważającej większości to były podstawy. Typu przeinstalowanie systemu, rozwiązanie problemów z brakiem polskich znaków na klawiaturze itp. Z naprawą zdecydowanej większości usterek nie miałem żadnego problemu.

To wtedy znalazłem pierwszy punkt zaczepienia. Mój pierwszy realny pomysł na biznes. Serwis komputerowy.

Od odnalezienia pomysłu do realizacji droga jest długa, w następnej części opiszę jakie uczyniłem przygotowania aby stać się ekhm.. rekinem biznesu… w jaki sposób ów rekin prawie się nie utopił w bajorze 😉

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: